Mieszka w Wielkiej Brytanii od 50 lat, a Home Office chce go deportować – historia Tony’ego Halla z pokolenia Windrush
Od 14 lat 62-letni Tony Hall, który przyjechał z Barbadosu w 1976 r., figuruje na liście do deportacji i nie może pracować ani wynająć mieszkania.
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualności.UK Aktualizacja, godz. 18.54: Brytyjskie MSW (Home Office) uchyliło nakaz deportacji wobec 62-letniego Tony’ego Halla – jak podaje dziennik The Guardian, resort poinformował go o tym listownie we wtorek 20 października, dzień po publikacji gazety o jego sprawie. Home Office twierdzi, że zbieżność w czasie jest przypadkowa. „Home Office może uchylić nakaz deportacji, ale nie zwróci naszemu klientowi 17 lat życia” – powiedział jego prawnik Naga Kandiah. Hall mówi, że czuje ulgę, bo ma teraz „szansę żyć bez strachu w kraju, który nazywam domem”.
Spis treści
- Afera Windrush i niespełnione obietnice
- Co dwa tygodnie do ośrodka meldunkowego
- Deportacja, która się nie udała
- Dzieciństwo na Barbadosie i w Londynie
- Odszkodowania i kolejni ministrowie
- „Współczucie to nie ich specjalność”
- Siostra: „To okrutne”
- Błędne koło
- Prawnik: nakaz wydano błędnie
- Rosnąca frustracja
Od 14 lat 62-letni Tony Hall, który przyjechał do Wielkiej Brytanii z Barbadosu jako 12-latek w 1976 r., figuruje na liście osób do deportacji. Jak opisuje dziennik The Guardian, przez decyzję brytyjskiego MSW (Home Office) mężczyzna nie może pracować, wynająć mieszkania ani pobierać świadczeń i żyje na granicy skrajnej biedy, zdany na pomoc rodziny i przyjaciół. W 2001 r. został skazany za poważne przestępstwo i odsiedział wyrok, ale – jak przekonuje – od tamtej pory nie może zacząć życia od nowa. Jego historia pokazuje, jak wciąż wyglądają skutki afery Windrush i ryzyko związane z brakiem dokumentów potwierdzających status pobytowy.
Gdy w 2012 r. Tony Hall wyszedł z aresztu imigracyjnego, rodzina otoczyła go opieką. Jedna z jego pięciu starszych sióstr zaproponowała, by na jakiś czas zamieszkał u niej. Siostrzeniec wydrukował mu wizytówki i zaprojektował stronę internetową, żeby mógł reklamować usługi malarza i dekoratora wnętrz – zawodu, którego wyuczył się podczas odbywania kary więzienia.
Przez 14 lat nie mógł jednak z tych wizytówek skorzystać, bo Home Office zdecydowało, że należy go deportować. Przez cały ten czas pozostaje na liście osób do deportacji, co oznacza, że nie może pracować, wynająć mieszkania, pobierać świadczeń ani zrobić niczego, co pozwoliłoby mu odbudować życie.
Afera Windrush i niespełnione obietnice
Osiem lat temu, gdy afera Windrush stała się sprawą ogólnokrajową, ze stanowiska zrezygnowała ówczesna minister spraw wewnętrznych Amber Rudd. Potem padały kolejne obietnice naprawienia krzywd wyrządzonych osobom, które w latach 50. i 60. przyjechały do Wielkiej Brytanii z karaibskich państw Wspólnoty Narodów, oraz ich dzieciom, które często dołączały do nich później. Mimo prawa do życia w Wielkiej Brytanii byli oni niesłusznie traktowani jak osoby przebywające w kraju nielegalnie.
Jak zauważa The Guardian, dla części z nich sprawiedliwość wciąż pozostaje nieosiągalna – zwłaszcza dla tych, którzy w oczach Home Office są „niewłaściwym rodzajem ofiary”.
W 2001 r. Hall został skazany za poważne przestępstwo – udział w spisku w celu dokonania rozboju i posiadanie broni palnej z zamiarem jej użycia. Spędził w więzieniu osiem lat. Wspólnie ze znajomymi planował napad na furgonetkę przewożącą pieniądze do banku. Miał przy sobie zabawkowy pistolet, ale w samochodzie była też prawdziwa broń. Policja zatrzymała ich, zanim doszło do przestępstwa.
Dziennik podkreśla, że sprawa jest złożona, ale kolejne rządy, obiecując rozwiązanie problemów, które Home Office stworzyło pokoleniu Windrush, nie ograniczały się do osób o nieskomplikowanych życiorysach. Zgodnie z zasadą resocjalizacji Hall po odbyciu kary powinien móc zacząć życie od nowa – tak jak jego współoskarżeni.
Co dwa tygodnie do ośrodka meldunkowego
Hall urodził się na Barbadosie, a w Wielkiej Brytanii mieszka od 1976 r. Od wyjścia z więzienia próbuje przekonać Home Office, że deportacja do kraju, w którym nie był od pół wieku, jest nieuzasadniona. Jak dotąd bez skutku.
Co dwa tygodnie musi stawiać się w ośrodku meldunkowym Home Office z dokumentem, na którym nad pismem widnieje jego zdjęcie z policyjnej kartoteki. Pismo ostrzega, że może zostać zatrzymany „do czasu podjęcia decyzji o deportacji/ponieważ podjęto decyzję o deportacji”. Podróż zajmuje mu niemal dwie godziny: kilka przystanków koleją naziemną, krótki przejazd autobusem, sześć stacji metrem i kolejny autobus, potem kolejka w ośrodku, krótka kontrola dokumentów i droga powrotna. Według jego szacunków odbył ten rytuał już ponad 350 razy.
Obowiązek meldowania się co dwa tygodnie nakłada się często na osoby ubiegające się o azyl albo mające inne nierozstrzygnięte sprawy imigracyjne – mają w ten sposób udowodnić, że przestrzegają zasad Home Office. To stresujące, bo przy każdej wizycie można teoretycznie zostać zatrzymanym i przewiezionym do ośrodka detencyjnego przed deportacją. Jak zaznacza The Guardian, taki stan zawieszenia niezwykle rzadko trwa dłużej niż dekadę. Hall w większości przypadków zrezygnował już z rozmów o swojej sytuacji z urzędnikami, którzy odnotowują jego obecność.
Czasem jestem na nich wściekły. Mówię im: „Jestem tu od 50 lat”. A oni odpowiadają: „To nie mój dział. Nie zajmujemy się pana sprawą” – opowiada.
Deportacja, która się nie udała
Hall przyznaje, że jako młody człowiek postępował głupio. Zwraca jednak uwagę, że odbył długi wyrok, i nie może pogodzić się z tym, że wciąż nie może zacząć od nowa. Po odbyciu kary trafił do aresztu imigracyjnego, a w styczniu 2010 r. Home Office wsadziło go do samolotu na Barbados. Tym samym samolotem wrócił do Londynu następnego dnia, bo tamtejsza straż graniczna odmówiła mu wjazdu. Najwyraźniej nie chciano wydać mu dokumentów wjazdowych ze względu na to, jak długo mieszkał w Wielkiej Brytanii.
Barbados pamięta jak przez mgłę i nie ma tam już żadnych żyjących krewnych. Na zdjęciach wyspy niczego nie rozpoznaje, a pomysł deportacji wydaje mu się absurdalny. Brytyjscy urzędnicy odmawiają jednak uchylenia nakazu, choć – jak ocenia dziennik – mało prawdopodobne, by kiedykolwiek udało się go wykonać. Gdy w 2001 r. trafił do więzienia, samorząd opróżnił jego mieszkanie i wyrzucił jego rzeczy. Nie ma żadnych dokumentów wiążących go z którymkolwiek z tych krajów i w praktyce jest bezpaństwowcem.
Jak większość osób dotkniętych aferą Windrush, Hall ma problemy ze statusem imigracyjnym przez błędy lub zaniedbania urzędników sprzed dziesięcioleci. Żeby w pełni wyjaśnić swoją sytuację, musi opowiedzieć historię swojego życia, co bywa krępujące. Chce jednak, by ludzie ją poznali, bo liczy, że skłoni to kogoś w Home Office do skorzystania z prawa do uznania i uchylenia nakazu deportacji, który od 14 lat blokuje jego życie.
Dzieciństwo na Barbadosie i w Londynie
Hall urodził się na wsi na Barbadosie i wychowywali go dziadkowie, bo matka mieszkała w Londynie z jego ojczymem, mechanikiem w kolejach British Rail. Odkładając pieniądze z pracy w fabryce ginu Gordon’s, stopniowo sprowadzała do siebie dzieci – najpierw pięć starszych córek, a w 1976 r. najmłodszego Tony’ego.
Jego wczesne dzieciństwo nie było szczególnie ciepłe. Był jednym z tak zwanych „barrel children” – dzieci zostawionych na Karaibach u krewnych, które czekały na beczki z ubraniami i jedzeniem wysyłane przez rodziców z Anglii. Dziadkowie mieli małe gospodarstwo z kilkoma owcami i świniami, w którym musiał pomagać. Pamięta, że chodził do szkoły, pachnąc świńskim obornikiem, i że inne dzieci się z niego wyśmiewały. Do Wielkiej Brytanii przyjechał z wyraźnym barbadoskim akcentem i silnym jąkaniem, które ma nadal.
Początkowo trudno mu było się zaaklimatyzować. Nie potrafił odnaleźć się w dużej szkole średniej w północnym Londynie, do której chodziły jego starsze siostry. „Ludzie nie rozumieli, co mówię. Teraz nie wstydzę się jąkania, ale wtedy było ciężko” – wspomina. Jak mówi, nie przejmował się powszechnym w szkole rasizmem i obraźliwymi okrzykami. „To były tylko dzieciaki” – tłumaczy.
Trafił do logopedy, a ponieważ był bardzo rozchwiany, później umieszczono go w domu dziecka. Po kilku drobnych przestępstwach wysłano go do zakładu poprawczego. „Myślę, że byłem trochę zaburzony. Było ciężko – siostry wyjeżdżały jedna po drugiej, a ja zostawałem z dziadkami. Często się buntowałem. Jako dzieciak byłem łobuzem, utrapieniem. Jak raz wpadniesz w kłopoty, trudno się z nich wydostać” – mówi. Większość jego wybryków określa jako „głupie, drobne sprawy”. „Zapłaciłem za to. Trochę dorosłem” – dodaje.
Odszkodowania i kolejni ministrowie
Od przeprosin, które w 2018 r. ówczesna premier Theresa May złożyła za traktowanie pokolenia Windrush przez Home Office, nastąpiły istotne zmiany. Ponad 18 000 osób otrzymało dokumenty potwierdzające prawo do pobytu w Wielkiej Brytanii, a około 132 milionów funtów odszkodowań wypłacono 4 177 osobom, które błędnie uznano za łamiące przepisy imigracyjne i które w efekcie straciły pracę lub dom, a w skrajnych przypadkach zostały niesłusznie deportowane lub zatrzymane.
Wiele osób wciąż jednak napotyka nieustępliwość Home Office, próbując uporządkować dawne problemy. Od czasu, gdy w kwietniu 2018 r. Amber Rudd ustąpiła ze stanowiska w związku z aferą, Wielka Brytania miała siedmioro kolejnych ministrów spraw wewnętrznych, a każde z nich inaczej podchodziło do usuwania skutków afery. Sajid Javid powołał specjalny zespół ds. Windrush, który miał rozwiązywać problemy poszkodowanych. W 2023 r. Suella Braverman go zlikwidowała, a rok później Yvette Cooper przywróciła. W programie wyborczym z 2024 r. Partia Pracy obiecała: „Zapewnimy, że głos ofiar haniebnej afery Windrush zostanie usłyszany”.
Niektórzy, jak Hall, wciąż nie mogą jednak znaleźć nikogo, kto by ich wysłuchał.
„Współczucie to nie ich specjalność”
Martin Forde, adwokat, który od zaprojektowania programu odszkodowań w 2019 r. pomaga osobom dotkniętym aferą, nie kryje frustracji liczbą osób, które wciąż mają problemy. „Współczucie to nie jest ich specjalność” – mówi o Home Office.
Mocno podejrzewam, że takich przypadków jest wiele. Wiele z tych osób nie ma stałego adresu i nie będzie chciało się wychylać – podkreśla.
Niepokoi go też druga kara, którą często wymierza się osobom o niepewnym statusie imigracyjnym, gdy złamią prawo. „Takie podwójne karanie kłóci się z poczuciem sprawiedliwości” – zaznacza.
Obecnie Hall mieszka z siostrą najbliższą mu wiekiem, ale ona planuje przeprowadzkę i wkrótce nie będzie mogła go dłużej przyjmować. Mężczyźnie grozi więc bezdomność.
Siostra: „To okrutne”
„Nie mogę powstrzymać złości z jego powodu. Potraktowali go bardzo źle, zmarnowali mu 14 lat życia, trzymając go w zawieszeniu. To okrutne. Powinien być traktowany jak reszta rodziny – wszyscy jesteśmy tu obywatelami” – mówi siostra, która prosiła o nieujawnianie nazwiska. Pracuje z dziećmi o specjalnych potrzebach w jednym z dużych londyńskich samorządów i nie chciała, by pracodawca dowiedział się o prywatnych kłopotach rodziny.
Ona i pozostałe siostry łatwiej przeszły drogę z Barbadosu do Anglii. Wszystkie wystąpiły o obywatelstwo i otrzymały je w latach 70., gdy Tony przebywał jeszcze w placówce opiekuńczej i prowadził bardziej chaotyczne życie. Zaniedbania samorządów, które nie pomogły uregulować statusu imigracyjnego podopiecznych, spowodowały problemy u bardzo wielu osób.
Tony ma wielkie serce i jest bardzo lojalnym przyjacielem. Miał trudny start w życiu, miał kłopoty z wyrażaniem siebie i z tym, by ludzie go rozumieli. Odbiło się to na jego poczuciu własnej wartości. Popełnił błąd, wplątał się w złe towarzystwo i został skazany. Ale odsiedział swoje, poniósł karę, a teraz chce żyć normalnie i móc pracować – mówi siostra.
Jak dodaje, od wyjścia z więzienia brat nie miał żadnych problemów z prawem i od 25 lat nie zrobił nic złego, a mimo to wciąż mu się to wypomina. „Ominęło go wszystko, co robi każdy normalny człowiek, i w podstawowych sprawach musiał polegać na rodzinie i przyjaciołach. To absurdalne, że trzyma się go w takiej sytuacji” – podkreśla.
Hall mówi, że w 2014 r. chciał się ożenić, ale nie mógł zarezerwować ceremonii w urzędzie, bo nie miał paszportu ani dowodu obywatelstwa. „Ludzie trzymają się ode mnie z daleka i mówią: »Możesz zostać deportowany w przyszłym tygodniu«” – opowiada, tłumacząc, że trudno mu budować nowe relacje. Ze względu na status imigracyjny ma też prawo jedynie do ograniczonej opieki w publicznej służbie zdrowia NHS, przeznaczonej dla bezdomnych mieszkańców Londynu.
Błędne koło
Home Office ma prawo deportować osoby, które mieszkają w Wielkiej Brytanii na stałe, ale nie mają obywatelstwa, jeśli popełniły poważne przestępstwo. Osoby z pokolenia Windrush są jednak zwykle chronione przed wydaleniem na mocy ustawy imigracyjnej z 1971 r. (Immigration Act). Rzecznik Home Office dał do zrozumienia, że ze względu na dawne przestępstwa nakaz deportacji Halla pozostaje w mocy, a mężczyzna nie może skorzystać z programu Windrush, stworzonego, by rozwiązywać problemy poszkodowanych. Hall znalazł się w błędnym kole: nie może dostać wsparcia z programu Windrush z powodu nakazu deportacji, a nie może doprowadzić do uchylenia nakazu bez wsparcia z programu.
Jego walka toczy się w czasie, gdy rząd zapowiada zmianę ustawy z 1971 r., tak by łatwiej było deportować osoby, nawet jeśli mieszkają w Wielkiej Brytanii od ponad 50 lat. Za zmianą stoi dążenie minister spraw wewnętrznych Shabany Mahmood do deportacji przywódcy gangu z Rochdale wykorzystującego seksualnie nieletnie, Shabira Ahmeda, który przyjechał z Pakistanu jako 14-latek w 1967 r.
Fiona Bawdon, autorka niedawnego raportu „Will I Always Be British?”, zwraca uwagę, że dla wielu osób, których rodzice przyjechali do Wielkiej Brytanii, status imigracyjny staje się coraz mniej pewny. Decyzja z 2019 r. o odebraniu obywatelstwa urodzonej w Wielkiej Brytanii nastolatce Shamimie Begum sprawiła, że wiele osób, których rodzice urodzili się za granicą, zastanawia się, czy one również mogą stracić obywatelstwo, jeśli popełnią przestępstwo. Adwokat Adrian Berry pisze w raporcie o „uderzającym braku opisu” zachowań, które mogłyby wystarczyć do utraty obywatelstwa. „To minister decyduje, co jest nie do przyjęcia” – zaznacza. Jak dodaje, przekaz państwa do społeczności, których to może dotyczyć, brzmi: „Dostosujcie swoje zachowanie, a my powiemy wam, czy jest nie do przyjęcia”.
Prawnik: nakaz wydano błędnie
Pełnomocnik Halla Naga Kandiah z kancelarii MTC Solicitors wezwał Home Office do ponownego rozpatrzenia sprawy ze względu na status jego klienta jako „pozbawionej środków do życia ofiary afery w Home Office”. Uważa, że nakaz deportacji wydano błędnie, bo oboje rodzice Halla byli obywatelami Zjednoczonego Królestwa i Kolonii (Citizens of the United Kingdom and Colonies), a sam Hall urodził się z tym obywatelstwem i po przyjeździe otrzymał prawo stałego pobytu (indefinite leave to remain). Jak we wszystkich sprawach Windrush, u podstaw leży złożony problem skutków decyzji brytyjskiego rządu z lat 60. i 70. o odebraniu tego statusu, gdy dawne kolonie uzyskiwały niepodległość. Wiele osób nie wiedziało o tych skomplikowanych zmianach ani o tym, że może być konieczne złożenie wniosku o obywatelstwo.
„Po wszystkim, co ujawniono w sprawie afery Windrush, głęboko niepokojące jest to, że ktoś z taką historią wciąż może znajdować się w takiej sytuacji” – mówi Kandiah.
To nie jest po prostu sprawa papierów imigracyjnych. Chodzi o człowieka, który pięć dekad życia spędził w Wielkiej Brytanii, a mimo to pozostaje w przedłużającym się zawieszeniu imigracyjnym, w praktyce bez środków do życia i bez pewnego dachu nad głową. Pytanie do władz brzmi, czy lekcje z afery Windrush są stosowane wtedy, gdy ma to największe znaczenie – podkreśla prawnik.
Niezależny komisarz ds. Windrush, pastor Clive Foster, powołany, by reprezentować osoby dotknięte aferą, zaznacza: „Bez względu na zawiłości prawne indywidualnej sprawy ludzie nie powinni być pozostawiani w długotrwałej niepewności co do swojej przyszłości. Gdy ktoś nie może pracować, uzyskać wsparcia ani odbudować życia, dopóki szersze kwestie pozostają nierozstrzygnięte, skutki mogą być poważne – prowadzą do ubóstwa, skrajnej biedy i bezdomności”. Jak dodaje, lekcje z afery Windrush pokazują, jak ważne jest podchodzenie do takich spraw z człowieczeństwem, poszanowaniem godności i zrozumieniem praktycznych skutków niepewności dla życia ludzi.
Rosnąca frustracja
Frustracja z powodu wciąż nierozwiązanych problemów związanych z aferą narasta. W październiku piosenkarka Mel B mówiła, że ma „złamane serce” z powodu trudności, jakie napotykają osoby dochodzące sprawiedliwości. Wcześniej analiza Krajowego Urzędu Kontroli (National Audit Office) wykazała, że Home Office odmówiło wypłaty odszkodowania w ponad połowie wniosków złożonych przez poszkodowanych. Co najmniej 53 osoby zmarły po złożeniu wniosku, a przed otrzymaniem wypłaty.
Była członkini zespołu Spice Girls dołączyła do prezenterki telewizyjnej Alison Hammond, byłego ministra sprawiedliwości Davida Lammy’ego, Floelli Benjamin, Doreen Lawrence i siedmiorga posłów, którzy wezwali rząd do zapewnienia osobom ubiegającym się o odszkodowanie Windrush finansowanej, niezależnej pomocy prawnej – takiej, jaką otrzymali poszkodowani w aferze poczty Post Office i w aferze skażonej krwi. Jak mówi Foster, w obecnym systemie prowadzonym przez Home Office ministerstwo „rozstrzyga wnioski o odszkodowanie za szkody wyrządzone przez własną politykę”.
Hall wciąż ma swoje wizytówki z fioletowymi i zielonymi napisami, reklamujące firmę Always Decorating Services, której nigdy nie uruchomił. Chciałby, żeby Home Office pozwoliło mu odbudować życie, i jest przygnębiony tym, że jego prawo do życia w Wielkiej Brytanii wciąż jest kwestionowane. Jak mówi, przez całe życie kibicuje Tottenhamowi i lubi kanapki z bekonem – i tłumaczy, jak mocno czuje się zakorzeniony w Anglii. „Jestem takim samym Brytyjczykiem jak wszyscy moi kumple” – podkreśla.